
beatlemaniak
- November 10th, 2011
W owym czasie rozum cierpiał na chroniczną bezsenność. Czyny ludzkie dyktowane były myślą praktyczną, a ludzkość specjalizowała się w przemyśleniach – wszystkie decyzje poprzedzane były gruntownym rozważeniem wszystkich za i przeciw. Świat gnał prowadzony zmysłem rozwoju ku, jak się zdawało, lepszemu.
Jesień dojrzewała z dnia na dzień, grzebiąc pod pożółkłymi liśćmi spieszne kroki wcielonej w ludzi epoki. Ziemię spowijała unosząca się wśród drzew krucha mgiełka przesycona orzechowym zapachem fermentu, gdy zawilgotniałe listki burzliwie spieniały się przygniatane przez swoje kolejne warstwy. Poprzez tak organiczny wykwit poranka mknął przechodzień, rozgniatając pod twardymi podeszwami rozżalenie odchodzącego w niebyt złotego kobierca. Ścieżka, którą podążał prowadziła przez park rozświetlany spomiędzy rzedniejących koron żółtawymi promieniami słońca. Najwyraźniej wtedy nadeszła chwila ostatecznego rozrachunku jesieni z latem, która zebrawszy siły, poczęła zmiatać wszelkie oznaki życia z drzew długimi, przemożnymi podmuchami wiatru. Szara anonimowość przechodnia przecinała niewzruszenie żółtą zamieć. Dzierżąc aktówkę w jednej ręce, przemierzał lata, spoglądając wciąż od nowa na zegarek trzymany na drugiej. Trzecią zaś trzymał zawsze na pulsie swojej sytuacji finansowej, podobnie jak i całe swoje życie miał na trzecim oku. Trafiony w zwierciadła duszy nagłym rozpryskiem słonecznego światła odbitego w kałuży zatrzymał się i pogrążył na ułamek sekundy w stanie podobnym do katatonii.
Wpatrywałem się w obrazek Goi, za nic nie mogąc sobie przypomnieć, jak przed jego obliczem byłem się znalazł. Mimo że znałem go bardzo dobrze, nie mogłem go rozpoznać, mrużyłem oczy i wpijałem się weń wzrokiem. Przybliżywszy twarz do tabliczki z podpisem, liter też niestety nie byłem w stanie rozróżnić. Wszystkie były rozmazane i zdawały się z lekka oscylować. Wyprostowałem się, by widok obrazu przypomniał mi jego nazwę, lecz jego już nie było. Rama ziała białą pustką ściany. Rozejrzałem się po korytarzu, za rogiem znikała jakaś sylwetka. Chciałem za nią ruszyć, lecz tylko drgnąłem i zaprzestałem dalszego ruchu, bowiem spostrzegłem leżący pod moimi nogami liść. Ogromny, żółty liść poorany starczymi zmarszczkami, który podniósłszy, trzymałem za łodygę i obracałem w palcach, obserwując jego misterną fakturę. Zza pleców wystrzeliły mi nagle cztery samotne promienie i osłoneczniły oglądany artefakt. Obróciłem się, a podmuch światła omiótł mnie i zrzucił w studzienną otchłań zapomnienia.
Nie przeczuwając najmniejszej zmiany, przechodzień ruszył dalej. Natura już go nie niepokoiła, wszystkie liście opadły, a wraz z nimi zerwała się kurtyna pozornej zamieci. Bez żadnych opóźnień dotarł na skraj parku i wkroczył w strefę ulicy. Jak co dzień przystanął przy kiosku i poprosił sprzedawcę o gazetę. Sięgnął do kieszeni i miast banknotu, który spodziewał się w niej znaleźć, wyciągnął zmięty żółty liść. Sięgnął doń jeszcze raz, jednak nic więcej w niej nie było. Podniósł kieszonkowe znalezisko i obracając je w palcach, wpatrywał się w nie, jakby usiłując odgadnąć skrywaną przezeń tajemnicę. I wtedy ogarnęło go przedziwne wrażenie, jakieś podprogowe déjà vu niosące ze sobą ciążące pragnienie wspomnienia, którego nie da się dosięgnąć.
Biegłem mrocznym korytarzem za cieniem wydającym mi się w pewnym stopniu własnym. Przepełniała mnie żarliwa chęć poznania prawdy. Znałem jego sylwetkę, to ta sama mignęła mi wtedy za rogiem. Wiedziałem już, że mój ułomny sobowtór ucieka przede mną, by ukryć w jakimś ciemnym zaułku tę zapomnianą nazwę obrazu i niosącą znamiona ręki mistrza płytkę. Przeto biegłem, ile sił w nogach, nie czując zmęczenia. Po bokach mijałem kolejne zamknięte, zapieczone rdzą pary ciężkich drzwi. Ścigany skręcił w odchodzący korytarzyk i zniknął na chwilę z mego pola i tak ograniczonego widzenia. Wpadłem za nim za węgieł, jednak napotkałem tam tylko ciszę i pustą przestrzeń bez wyjścia. Ślad się urwał. Bezradnie rozpostarłszy ramiona, obróciłem się i wycofałem. Skręciłem w główny korytarz i zatrzymałem się, poczuwszy coś nieokreślonego. Pod moimi nogami leżał żółty liść i drgał wraz z przeciągiem. Podniosłem go, ale już jako list. Czytałem jego tajemnicę z linii papilarnych zwiewnej powierzchowności. Z satysfakcją cofnąłem się o krok, a w miejscu pustki pojawił się ciemnawy pokój. Na fotelu drzemałem ja sam, tylko o ileś lat starszy, ze zgorzkniałą miną na pomarszczonej twarzy. W zaciśniętej dłoni trzymałem białą tabliczkę, a obok oparta była akwaforta Goi. Podszedłem do siebie, by wyjąć z dłoni podpis i wreszcie rozwiać mgłę zapomnienia. W chwili gdy wyciągnąłem rękę, odnalazłem się siedzącym na tym właśnie fotelu. Nie musiałem spoglądać na napis, doskonale przypominałem sobie już nazwę. Izbę wypełnił ponownie dobrze znany mi blask, a ja byłem nań przygotowany.
Żółty liść wypadł z dłoni nieznajomego stojącego przed kioskiem. Otworzył aktówkę i wysypał z niej pod nogi papiery żółkniejące w jednej chwili na powietrzu i przemieniające się w liście, które nie dotknąwszy nawet ziemi, brunatniały i rozpadały się w pył. Odstąpił od kiosku i nie poszedł dalej, lecz wrócił się w stronę parku. Zszedł ze ścieżki i odrzucając swoją anonimowość, padł w stertę żółtych liści na plecy, która przyjęła mnie z chóralnym zadęciem wiatru. Leżąc na plecach, olśniony obserwowałem tłum drobinek pyłu gnany wiatrem, który w mojej głowie układał się w gamy doskonale współgrających, tętniących brzmień. Była to kołysanka dla mojego umysłu, lecz rozum dawno już pogrążony był we śnie…