My the Beatles notebook

Ku zrozumieniu umysłu poprzez nieustanną pracę nad sobą. Taaa...

Łodzia
poświata
[info]beatlemaniak

W kadrze wybitego okna niewidzialne obłoki sadzy przesuwają się między kolejnymi planami; perspektywa kulisowa kamienic i powietrzna dalekich kominów. Wychyliwszy się przezeń, można zobaczyć wygrawerowane w tynku paznokciami samobójczyni słowa erzacu miejskiej legendy wyszeptywane drżącym echem czasu. Pokaleczona dłoń odłamkami szyby pokłosiem chwilowej słabości i drgnięcia w przód. Opierając się na strzaskanej okiennicy, pozwalam krwi wsiąkać w spróchniałe drzazgi, a sam spoglądam w dół na zarośniętą trawą żeliwną studzienkę opatrzoną numerami i dającą świadectwo obecności w tymże miejscu dawnej studni. Być może wiem o tej posesji więcej niż zwykły zjadacz chleba, w tym wypadku pijok, złodziej lub narkoman. Odrywam się od okna i wstępuję po schodach wyżej, zapuszczam się w głąb ośrodka wszelkiego zepsucia. Zaskakuje mnie, że mimo postępującej degrengolady mieszkańców, zapach unoszący się w powietrzu ulega poprawie. Korytarz na parterze najmocniej śmierdzi moczem, może spływa to z góry, a może na dole najprzyjemniej się wyjszczać, może opary szczochów są cięższe od powietrza i nie docierają na wyższe piętra. Niemniej jednak faktem jest, że im wyżej, tym pachnie przyzwoiciej. Ilość mętów i stopień ich zmącenia są zatem chyba odwrotnie proporcjonalne do intensywności odoru uryny. W tym świetle, zranienie wnętrza dłoni zapowiada się gangreną, sczernieniem tkanek, martwicą, amputacją do łokcia i niegojącym się gniciem, stop. Zza pozamykanych drzwi bocznych korytarzy wydobywają się okrzyki, ale nie zduszone, tylko takie szczere, pełną zachrypniętą gębą. Można dzwonić, pukać, ale pochłonięci domową bijatyką nie oderwą się przecież, zatrzymawszy dłoń w połowie drogi do twarzy ukochanego męża lub żony. Pochwaliłem dzień przed zachodem słońca, na środku półpiętra przywitało mnie ordynarne gówno. Psie czy ludzkie - trudno orzec. Wspiąłem się po ostatnich stopniach, a głowę owionęło mi chłodne powietrze wpadające na klatkę schodową przez ziejącą dziurę w stropie, która niegdyś przykryta była zamykaną klapą. Pewnego wietrznego dnia nagły przeciąg wyrwał ją i porzucił przed kamienicą, nie zabijając nikogo.

  • Add to Memories

Kiedy rozum śpi...
poświata
[info]beatlemaniak
W owym czasie rozum cierpiał na chroniczną bezsenność. Czyny ludzkie dyktowane były myślą praktyczną, a ludzkość specjalizowała się w przemyśleniach – wszystkie decyzje poprzedzane były gruntownym rozważeniem wszystkich za i przeciw. Świat gnał prowadzony zmysłem rozwoju ku, jak się zdawało, lepszemu.

Jesień dojrzewała z dnia na dzień, grzebiąc pod pożółkłymi liśćmi spieszne kroki wcielonej w ludzi epoki. Ziemię spowijała unosząca się wśród drzew krucha mgiełka przesycona orzechowym zapachem fermentu, gdy zawilgotniałe listki burzliwie spieniały się przygniatane przez swoje kolejne warstwy. Poprzez tak organiczny wykwit poranka mknął przechodzień, rozgniatając pod twardymi podeszwami rozżalenie odchodzącego w niebyt złotego kobierca. Ścieżka, którą podążał prowadziła przez park rozświetlany spomiędzy rzedniejących koron żółtawymi promieniami słońca. Najwyraźniej wtedy nadeszła chwila ostatecznego rozrachunku jesieni z latem, która zebrawszy siły, poczęła zmiatać wszelkie oznaki życia z drzew długimi, przemożnymi podmuchami wiatru. Szara anonimowość przechodnia przecinała niewzruszenie żółtą zamieć. Dzierżąc aktówkę w jednej ręce, przemierzał lata, spoglądając wciąż od nowa na zegarek trzymany na drugiej. Trzecią zaś trzymał zawsze na pulsie swojej sytuacji finansowej, podobnie jak i całe swoje życie miał na trzecim oku. Trafiony w zwierciadła duszy nagłym rozpryskiem słonecznego światła odbitego w kałuży zatrzymał się i pogrążył na ułamek sekundy w stanie podobnym do katatonii.

Wpatrywałem się w obrazek Goi, za nic nie mogąc sobie przypomnieć, jak przed jego obliczem byłem się znalazł. Mimo że znałem go bardzo dobrze, nie mogłem go rozpoznać, mrużyłem oczy i wpijałem się weń wzrokiem. Przybliżywszy twarz do tabliczki z podpisem, liter też niestety nie byłem w stanie rozróżnić. Wszystkie były rozmazane i zdawały się z lekka oscylować. Wyprostowałem się, by widok obrazu przypomniał mi jego nazwę, lecz jego już nie było. Rama ziała białą pustką ściany.  Rozejrzałem się po korytarzu, za rogiem znikała jakaś sylwetka. Chciałem za nią ruszyć, lecz tylko drgnąłem i zaprzestałem dalszego ruchu, bowiem spostrzegłem leżący pod moimi nogami liść. Ogromny, żółty liść poorany starczymi zmarszczkami, który podniósłszy, trzymałem za łodygę i obracałem w palcach, obserwując jego misterną fakturę. Zza pleców wystrzeliły mi nagle cztery samotne promienie i osłoneczniły oglądany artefakt. Obróciłem się, a podmuch światła omiótł mnie i zrzucił w studzienną otchłań zapomnienia.

Nie przeczuwając najmniejszej zmiany, przechodzień ruszył dalej. Natura już go nie niepokoiła, wszystkie liście opadły, a wraz z nimi zerwała się kurtyna pozornej zamieci. Bez żadnych opóźnień dotarł na skraj parku i wkroczył w strefę ulicy. Jak co dzień przystanął przy kiosku i poprosił sprzedawcę o gazetę. Sięgnął do kieszeni i miast banknotu, który spodziewał się w niej znaleźć, wyciągnął zmięty żółty liść. Sięgnął doń jeszcze raz, jednak nic więcej w niej nie było. Podniósł kieszonkowe znalezisko i obracając je w palcach, wpatrywał się w nie, jakby usiłując odgadnąć skrywaną przezeń tajemnicę. I wtedy ogarnęło go przedziwne wrażenie, jakieś podprogowe déjà vu niosące ze sobą ciążące pragnienie wspomnienia, którego nie da się dosięgnąć. 

Biegłem mrocznym korytarzem za cieniem wydającym mi się w pewnym stopniu własnym. Przepełniała mnie żarliwa chęć poznania prawdy. Znałem jego sylwetkę, to ta sama mignęła mi wtedy za rogiem. Wiedziałem już, że mój ułomny sobowtór ucieka przede mną, by ukryć w jakimś ciemnym zaułku tę zapomnianą nazwę obrazu i niosącą znamiona ręki mistrza płytkę. Przeto biegłem, ile sił w nogach, nie czując zmęczenia. Po bokach mijałem kolejne zamknięte, zapieczone rdzą pary ciężkich drzwi. Ścigany skręcił w odchodzący korytarzyk i zniknął na chwilę z mego pola i tak ograniczonego widzenia. Wpadłem za nim za węgieł, jednak napotkałem tam tylko ciszę i pustą przestrzeń bez wyjścia. Ślad się urwał. Bezradnie rozpostarłszy ramiona, obróciłem się i wycofałem. Skręciłem w główny korytarz i zatrzymałem się, poczuwszy coś nieokreślonego. Pod moimi nogami leżał żółty liść i drgał wraz z przeciągiem. Podniosłem go, ale już jako list. Czytałem jego tajemnicę z linii papilarnych zwiewnej powierzchowności. Z satysfakcją cofnąłem się o krok, a w miejscu pustki pojawił się ciemnawy pokój. Na fotelu drzemałem ja sam, tylko o ileś lat starszy, ze zgorzkniałą miną na pomarszczonej twarzy. W zaciśniętej dłoni trzymałem białą tabliczkę, a obok oparta była akwaforta Goi. Podszedłem do siebie, by wyjąć z dłoni podpis i wreszcie rozwiać mgłę zapomnienia. W chwili gdy wyciągnąłem rękę, odnalazłem się siedzącym na tym właśnie fotelu. Nie musiałem spoglądać na napis, doskonale przypominałem sobie już nazwę. Izbę wypełnił ponownie dobrze znany mi blask, a ja byłem nań przygotowany.

Żółty liść wypadł z dłoni nieznajomego stojącego przed kioskiem. Otworzył aktówkę i wysypał z niej pod nogi papiery żółkniejące w jednej chwili na powietrzu i przemieniające się w liście, które nie dotknąwszy nawet ziemi, brunatniały i rozpadały się w pył. Odstąpił od kiosku i nie poszedł dalej, lecz wrócił się w stronę parku. Zszedł ze ścieżki i odrzucając swoją anonimowość, padł w stertę żółtych liści na plecy, która przyjęła mnie z chóralnym zadęciem wiatru. Leżąc na plecach, olśniony obserwowałem tłum drobinek pyłu gnany wiatrem, który w mojej głowie układał się w gamy doskonale współgrających, tętniących brzmień. Była to kołysanka dla mojego umysłu, lecz rozum dawno już pogrążony był we śnie…
  • Add to Memories

Début de siècle
poświata
[info]beatlemaniak
Début de siècle – metropolia w erze dekadencji postindustrialnej


I          
   
Świątynia pieniądza skąpana w marzeniach
Schodami ruchomymi ciał w ofierze
Zbrukane posadzki krwią za spodnie
Uniżone postaci zaklęte w witrynach
Oczami już tylko metki z cenami
Łypiąc i mrugając neony ulic
Nic ponad zmiętymi banknotami
Odciśniętymi w deszczu reszką
                                  lub truchłem.
 

II            

Oparty na poduszce otwartej okiennej kompozycji
Wpuszczone w zasadzkę ośmielone, nabrzmiałe tenory
Tramwaj pakując się z brzękiem szynami do środka
Niespodziewanie wysadzone przed nim koleje jego losu
Ulica się wdziera – odpierana Sowińskiego tchnieniem
Wszystkie reduty znów bronią się przed nowoczesnością.

 
III            POSTINDUSTRIALIZM

Szpalery ścian bez stropu walące się ruchem domina
W połowie drogi czas wstrzymany
Podobnie jak maszyny fabryki w ruinie.
Pod jej gruzami pogrzebane marzenia i nadzieje
Całych pokoleń w pogoni za chlebem.

Zarośnięte zielskiem tory, szlaban złamany,
Przeżarty rdzą, czerwono-biały
Zalany asfaltem przejazd kolejowy
Bez szans nawet skład z węglem zbłąkany.

Czwarta rano
Bezgłosem zbudzony duch robotnika wstaje
W takiej ciszy – tak ucho natęża ciekawie,
Że słyszałby syrenę. – Znika, nikt nie woła.

Ktoś jeszcze nie spał o tej porze:
Spod przymkniętych powiek zaobserwował,
Jak z komina fabryki uniósł się strzęp dymu.
Usnął, nikt się nie dowie.

 
IV           L’AMOUR  À  REBOURS

Zimnem metalu ciężkiego ścinają się sutki kochanki
Głębokimi westchnieniami wciągane do płuc wyziewy
Nie z tego świata, gdy ocieranie miarowym rytmem
Przechodzi w mdłości; upajają się, upijając,
Dobrze wiedzą, czym jest miłość organiczna
Pełna wyuzdania, orgazmistyczna.
 

V            

Kraken nurza się w szarościach i po ruderach brodzi.
Piękne wille zbudowane na szczątkach
Ogromnej cywilizacji podziemnych kanałów,
królestwa szczurów.
Klątwa cmentarzyska przebija podłogi wyłożone deskami
z afrykańskiego drewna.
Obrastają teraz w szmaragdy i w jaskrawe ćmienie.
Po horyzont ciągnie się step slumsów ludzkości,
Nieprzebytej, pełnej pustki.

Po jednej z wichur światowej zawieruchy
Wieżowce powalone leżą po obu stronach drogi,
Którą kroczą teraz zastępy zgrabiałych cieni.
W uszach słyszą już tylko echo dzwonu.

Zabił on ludzkości przed narodzinami.
Zabił on ludzkość, nim się narodziła.

  • Add to Memories

Zeitgeist
poświata
[info]beatlemaniak

Na napiętej, czarnej membranie wzdętego brzucha
Wybębniasz co nowe takty, jazzowe standardy
Trzeciego Świata.

Tam-tamu dźwięk niesie się wybijany
Przez obleczoną skórą kość
Poprzez medialne oceany.

Płomieniem bujnym oblewasz się niczym rumieńcem
Lub skaczesz z wysokiej wieży Babel-Hanoi,
Która zaraz runie zdmuchnięta odrzutem
Trąby davisońskiej.

Z lufy saksu, który dzierżysz w dłoni
Wylatujesz wściekle swoje racje.
Ludzie padają wokoło olśnieni
Doskonałością jego brzmień.

Ciężkimi kamiennymi tonami obrzucasz kolejnych skazańców-słuchaczy,
I choć tembr twego głosu wzmaga się i wzmaga:

Na szczycie Kilimandżaro nie zorganizują szczytu,
A ty ich niedosięgłych możesz tylko myślą wysmagać.


  • Add to Memories

sensensensensenssensensensens...
poświata
[info]beatlemaniak



Explícamelo, por favor.
Nunca jamás lo podré entender.

W głębi góry, w grocie jej króla śnię faraona sny o potędze
Przesuwające się z wolna przed mymi zamkniętymi oczami.
Uwięzione w bryle lodu, smagane biczem wiatru zbłąkanego
I lizane jęzorem chłodu nakładają się na siebie,  zlewając się
Pod uciskiem oraz naporem upływających mas wraz z czasem.
Puls spowalnia, jeszcze skądś powraca echo pradawnej lawiny.
Wszystko trwa eony,  zapomina się,  pamięć niemrozoodporna.
 
Poprzez taflę ściany szklanego zamku widać w jego skarbcu ledwo tlący się kaganek świadomości, uśpioną, zduszoną, spacyfikowaną żagiew prawdy i wszelakiej aktywności.

Sen we śnie, nie więcej.
 
  • Add to Memories

Nocna zmiana
poświata
[info]beatlemaniak
Śniłem tego dnia mój dawny sen tak wyroczny,
Który zatarł-był się wśród ruchów gałek ocznych
Gwałtownych, płomiennych długich nocy koszmarów,
W których marzenie się miesza ze złudzeń pożogą.
W drgań tym ukropie myśl idzie krętą drogą.
Śpiąc, tykam wskazówkami nagie tarcze zegarów.

Wtenczas spadnę w alkowy podwoje oniemiały
Staram się zachować, odbić w zwierciadeł powiekach
Obrazy, by się, nie wyparowawszy, ostały.

Wtem znów spadam w powoje pierzyny skamieniały
I jeszcze snem omszały brodzę w niepewności rzekach
Pośród obłoków, które się w ciemnościach skłębiały
I wtedy się zlewają mleczne granice mgieł porannych,
Które sen dzielą na fazy i od zjaw strzegą jawy.
Wynurzone z obfitości wanny rzeczywiste sprawy
Splątane z nocą, usidlone przez Księżyc u progu brzasku,
Zniewolone na rubieżach słonecznego blasku...

Nie wyswobodzą ich uczone rozprawy.
Nie uwolni z tej opresji na pomazanej ścianie
Rozmazane rozwiązanie tej laserunkowej impresji.

W obliczu śpiączki kowal nie wzniesie już młota,
Nawet tytan złamany opadnie w Tartaru bezmiary.
Tak jak stał, legnie i nadczłowiek w kałuży błota.

Tako i ja salwuję się ucieczką
W snu dziwne wymiary.
  • Add to Memories

(no subject)
poświata
[info]beatlemaniak
Fanfarą głuchą Wicher i tonem mórz wezbranych dmąc,
Opływa i kroplą drąży skałę mego ciała gorąc stąd
  • Add to Memories

Podróż w poszukiwaniach źródeł straconego czasu
poświata
[info]beatlemaniak
Nigdy nie dopijała herbaty do końca. Gęsta zawiesina goryczy spowijająca dno szklanki zawsze odstraszała ją swymi groźnymi refleksami zdającymi się być złowrogimi błyskami w oczach, które drzewiej zwykły na nią patrzeć. Co spowodowało, że tym razem z lubością wręcz i wyrafinowaniem podniosła szklany kielich ułomnej słodyczy i przytknęła go do warg? Umyślnie odczekała, aż ów napój ostygnie i nabierze mocy od spoczywającej weń torebki i wysączywszy spory łyk, otrząsnęła się, krzywiąc ze zmarszczeniem niemal całej powierzchni twarzy. Bez świadków, dla samej siebie. Na koniec wyciągnęła papierowy woreczek z fusami i ciągłym ruchem przeniosła go do ust, nie oderwawszy ręki. Ściągnęła policzki i znać było, że wysysa zeń wszystkie soki żywotne dawnych drzew, dawców bezwolnych swego celulozowego ciała, oraz krzaczków herbaty, które rosły rozkosznie kędyś w dalekiej krainie. Tym razem już się nie skrzywiła, jej spojrzenie stało się puste, a zatrzymawszy wzrok na wesołej teksturze tapety naściennej, jęła błądzić gdzieś daleko. Cały ten rytuał wykonała automatycznie, można by powiedzieć, instynktownie. ... )
  • Add to Memories

Maźnięcie
poświata
[info]beatlemaniak
Pierwiastek myślący świata ze skłonnościami chaosogennymi, samorzutny ze wzrostem entropii wysyłający zew jak tajemny sygnał o charakterze burzącym, nieodwracalny i nieustanny. A do tego plemniki w rozumieniu korpuskularno-falowym. 
  • Add to Memories

Apenas
poświata
[info]beatlemaniak
Stoję okrakiem nad ogromem oceanu wszystkich myśli i zataczam patykiem wokół siebie jak największy zniekształcony okrąg, zagarniając w ten sposób idee pod siebie. Przebieram w nich jak w piasku, przesiewam i wybieram kawałki bursztynu, tudzież rodzime bryłki i okruchy złota. Lubuję się w zbieraniu na pozór zwykłych rzeczy. A to wsunę sobie kawałek niebieskiej włóczki do kieszeni mojej kanadyjki, a to podniosę gdzieś z ziemi wyrzucony przez nich połamany parasol, który dokonał żywota, wywinąwszy się na drugą stronę z powodu wiatru. Następnie te wszystkie pojęcia na wskroś zwykłe leżą odłogiem, fermentując, aż same przejdą w inny stan, aż każde z nich i każdy ich atom przejdą w inny stan kwantowy. Będąc już czymś prostym, mogą z powrotem odnaleźć drogę do bardziej skomplikowanych form, zaczynają parować i skłębiać się, a wtedy może, gdy skroplą się pod półsferą mojej czaszki, zaczną kapać i drążyć mój mózg misterną siecią korytarzy, z których wypełznie i przecieknie coś osmotycznie lub zdyfunduje na prawach turgoru na poły tylko naukowego neuronów. Stamtąd blisko już, wszak od mózgu do ręki biegnie drucik, nie nerw. C :
  • Add to Memories

Krótka historia bytu
poświata
[info]beatlemaniak
Czas się staje dla nich, pierwsza świata godzina
Nabiera rozpędu, rodzą się nienazwani,
Jakby zawstydzeni, braterstwem skrępowani,
Beznamiętnie w szachu jeden drugiego trzyma.

Idea zburzona, jednego z braci nié ma -
- Winny Parmenides; przeciwni, a zrównani
Negacją negacji, prawem logiki manii
W kraju, którym jestże demokracji kraina.

Porządek się łamie, wszystko ciągle się zmienia,
Zanim zdąży pobyć, jest już inne: nie istnieje.
Wiatr odnowy Sartre'a percepcji bytu wieje.

Kwantowa fizyka chyłkiem cząstki wymienia:
Elektron, pozyton..., anihilacja zieje.
Umarli dwaj bracia. W drodze do porozumienia.
  • Add to Memories

La ceniza
poświata
[info]beatlemaniak
 Z nieba sypie się popiół szary jak cień ołówkiem i osiada na szreni, plamiąc ją drobnymi kropkami, która z lekko już przewiana pokrywa nieprzemierzone połacie myśli. Przewiało mi mózg, wypruło wspomnienia, idee i marzenia. Jestem wypatroszony. Martwym z pustki. Wypełnia mnie pustka. Wypustka mnie pełnia. Pełń. By po chwili spostrzec słońce za mgłą, za chmurami, czerwone od gręstwych-warstw-atfosmery, a może to przez szyby tak brudne i przyciemnione od kurzu, zaschniętego błota, które są niczym innym jak błotem i kurzem.
 Siedząc na krześle do góry jego nogami i moimi, wyczuwam zaburzenia błędnika skołowanego nieco zmianami w postrzeganiu wertykalno-horyzontalnym, jako że ponadto rozjeżdża się oparcie i prawie leżę na podłodze do góry brzuchem, ale nie z lenistwa, mięśnie gładkie wszak pracują wciąż i wciąż, a na plecach leży mi cały bagaż, gdy pakujesz się do wyruszenia w drogę, rzucenia tego wszystkiego w anioły, opuszczenia w opuszczeniu i osamotnieniu, bo nie masz brata o duszy siostrzanej na tymże świecie ni siostry, która pomogłaby ci wznieść się na wyżyny. Wspiąć się na świętą górę, by zlecieć stamtąd, zepchnąwszy własne ego i dumę w otchłań i jednocześnie zostać na szczycie, choć już ze świadomością, że nic to nie dało. Staczasz się na głowę, na kark, na szyi złamanie, bo im bliżej jesteś dna, tym bliżej odbicia się pod kątem równym kątowi, z jakim padasz. A padasz często jako ten popiół z tego obskurnego komina z blachy wystającego krzywo z baraku pokrytego eternitem i nie wiesz, skąd pochodzisz, bo spaliłeś się dopiero co w ogniu swoich przeżyć wcześniejszych, o których myślałeś, że są tak ważne. Ale płomienie okazały się lodowato zimne i zmroziły ci limfę, spowodowały nabrzmienie węzłów chłonnych. Jeden wypadł z roli, począł przeskakiwać na policzek w szale stanu zapalnego, odnalazłszy tajemny korytarz. Mistyczna ścieżka, która jawi się blaskiem, razi, podnieca, poraża i przeraża, ekscytuje cię i zaczyna prowadzić, gdy nią podążasz. I choć nie zdajesz sobie sprawy, to Ty ją prowadzisz, rozświetlając sobą ją przed sobą i stwarzając na bieżąco jej bieg. Bieżysz jako ona biegnie, jak zagrasz, tak się wyśpisz.
  • Add to Memories

La angostura de la mente que siempre miente.
poświata
[info]beatlemaniak
"Aquí está el otoño y es hora de morir;
El viento birla y arrastra hojas amarillentas
Quitando a la desnudez ramas trémulas -
El coro donde cien pájaros oraban en verano."

No me olvides...

... y del espíritu que siempre niega.

Literatury epoki mojej-natury. (zawsze ta tura)
Marinizm jako nurt typowo morski, bo tak łacniej.

Dios mío... Insistía pero eso no dio resultos.
Y aquello no dio tampoco, por que mismo Dios no los dio.

Dios que dio y no da.
  • Add to Memories

(no subject)
poświata
[info]beatlemaniak
 z trzaskiem gałęzi
łamane-i gruchotane
kręgi o liście
  • Add to Memories

(Co teraz?)n - polipytanie.
poświata
[info]beatlemaniak
Okaleczywszy pióro, narząd zewnętrzny mojej myśli, mogę wreszcie zabrać się za degradację mojej escritury. Jestem escritur, jestem zniekształcony. Ale już tak jakby z lekka po jej stronie. Tnę kartkę kikutem stalówki. I nie mam już litości w sobie. Zostawiłem ją dawien dawno temu. Kto złagodzi mój ból, kto ulży memu cierpieniu. Słowa wrzynają się w ciało poety, od siedmiu boleści poety. Zboleściałym, boleściwym. Wypieprzaj, młodości, błoga jedności, ze mną jedności zapleśniała od wzniosłości i patosu ludzkiego losu. Zapluta, zszargana rzeczywistość. Co teraz? CCoo TTeerraazz? I teraz każda literka po π razy powtórzona. Proszę bardzo, może lepiej przez i.
  • Add to Memories

(no subject)
poświata
[info]beatlemaniak
Wszystkie słowa wypowiadane przeze mnie mają tylko charakter formalny. Daję ujście gadaninie, która zalega gdzieś tam w odmętach, gdzie już tylko krasnorosty, tam te dłuższe nanometrowe fale. Woda faluje, fazy się mijają i nie ma ani ruchu wody, ani światła. Sól na wargach zasycha, czuję, jak kręcę się, będąc kabestanem. Szot mnie opina, wokół mnie oplata. Grot łopocze, z wolna nadymając się. Ja jestem tym żaglem i nabieram wiatru.
"(...) szczęśliwy, kto siły postrada,
Albo modlić się umie, lub ma się z kim żegnać."
  • Add to Memories

Życie jest snem.
poświata
[info]beatlemaniak
 Pięknym jest proces tworzenia się myśli i ich formułowania. Pozornie sprzeczne, zaplątane we własnych zawiłościach, zgubione po drodze i odnalezione zapiaszczone lub omszałe. Kiedy zarówno twórca, jak i ich odbiorca jeszcze nie do końca wiedzą, do czego zmierzają w swym nieustannym powielaniu się, wariancjach z powtórzeniami i, czy w ogóle ku czemuś prowadzą, a nie zwodzą, łudząc. To więcej niż czynność, to oczywiście akt. Takie pluskanie się w rzece metafizycznej, gdy lecące krople to nic innego jak ułamki pierwiastków rozumu. Logos przejawia się w tym, macza palce. Wątpisz, że to wszystko ma sens, do niczego niby nie prowadzi, doszukujesz się wciąż drugiego dna, podczas gdy wcale go tam może nie być. Przebijasz się przez to jedno właściwe i wpadasz w otchłań pozorów. Lecisz i lecisz, ale nigdy się już nie zatrzymujesz. Drugie dno jest bowiem rozciągnięte na całą przestrzeń pod i nad, rozciągłość w zwielokrotnionych wymiarach. Jeszcze nie możesz zdawać sobie z tego sprawy. Spadając, mijasz po drodze byty wszelakie, rozpoznajesz niektóre, natomiast inne są zupełnie obce, całkiem transcendentne. Smagają tylko twą immanentną twarz bez wyrazu. Czujesz wiatr we włosach, ni to historii, ni życia, ni czegokolwiek innego. Wreszcie nadchodzi zastanowienie, ostateczność tego momentu jest ogromna. Jednocześnie w umysłach stwórcy i tworu, wszak to formułodawca myśli nadaje nam poprzez nie kształt, coś zaskakuje, dochodzi do spięcia, tajemne życie powstaje. Ruch, efekt domina-motyla i wszystko rozjaśnia się, chmury się rozchodzą, wychodzi słońce nocą, a gwiazdy widać wyraźnie jak na zasnutym niebie mgłą księżycowego światła. Klocki układają się we właściwą kombinację. Pozornie chaotyczny twór w jednej chwili staje się idealnie uporządkowany, widać jasno, że od początku wszystko było zaplanowane, mimo że twórca nawet nie wiedział jeszcze, jaką formułę nada dziełu. Może czuł to w kościach, cierpła mu skóra na plecach, gdy na oślep dochodził. Tak rodzi się puenta, w tym tkwi jej moc.

Que toda la vida es sueño, y los sueños, sueños son.
  • Add to Memories

Liść klonu
poświata
[info]beatlemaniak
 Natchnęła mnie myśl myśli na temat liści. Liści wywoływanych przez jesienny wiatr słoneczny, które przez cały tegoroczny okres wegetacyjny utrwalały w swych komórkach obrazy świata. I teraz oddają to wszystko pod wpływem słońca. Pomiędzy żyłkami zaczerwieni się strzęp szkarłatnej, letniej sukienki na ramiączka przechodnia, błyśnie uśmiech i zmiesza się z błękitem nieba, powodując rozkwit soczystego fioletu. Szmat czasu i ogrom przestrzeni zostanie ściśnięty na malutkiej, pooranej niczym dłoń lub twarz starca płaszczyźnie, wielokrotnie nakładając się, powielając i przenikając w dynamicznych bytach kalejdoskopu. W końcu oderwie go podmuch, zmłóci deszcz i zmiecie na bok dozorca. Razem ze swoimi klonami legnie pod klonami i ich konarami z całym mnóstwem dojrzewających nań braci. Przysypie go kurz i proch codzienności miasta. Zacznie się rozkład, naturalna analiza. Kolory zaczną brązowieć, czernieć, aż staną się jednakowo bure i brunatne. Wspomnienia zaczną się zacierać, fotografie utracą barwy, poczną przechodzić w sepię,  kurczyć się, zwijać, odwadniając, by ostatecznie odchodzić płatami i rozpadać się w pył drukarski. Nie zdążą jednak dotrwać do końca, nie doczekają przejścia w stan własnego upadku - przysypie je śnieg. Pod nim będą spały i na wiosnę już się przecie nie obudzą. Całkowicie wymięte ze swojego dziedzictwa obrócą się w niebyt. Bezskutecznie będzie można się dopatrywać świadectwa starego, nic się w ich matowym obliczu nie odbije.
 Oczywiście przyjdą znów kolejne, wszystko powtórzy swój taniec, zmierzając prosto na łeb, na szyję ku zagładzie i prawdopodobnie zdając sobie z tego sprawę. Liściu, zatęsknię za Tobą.
  • Add to Memories

Opoka
poświata
[info]beatlemaniak
W fotelu brązowym, lekko zapadłym fotelu lub też na tapczanie zapadłym też, ale bardziej zapadłym tapczanie niż fotelu brązowym, zaczytana, w okularach, z gazetą lub księgą w jasnym, żółtym świetle lampki, którą porwawszy czasem do siebie, gdy miałem na desce kreślarskiej coś kreślić lub nie, wykorzystywałem do oświetlania mego placu kreślenia, kreślarskiej deski, a zatem z tą księgą, której protagonistów losy z tak szczerym zapałem i uwagą śledziła, a które z racji jej sędziwości umykały dość szybko w taki sposób, że gdy kończyła zdanie, już pewnie nie wiedziała, co było na jego początku, lecz to jej nie przeszkadzało, bo to była jedyna prawdziwa Opoka. Wydawała się wieczna. Stała się taka archetypiczna i w tym archetypie trwała niezmiennie. Co dzień taka sama, ale wystarczyło spojrzeć na to szerzej, z większego odstępu czasu, tak, wtedy widać zmiany. Nagle zamrzesz świadomy, przerazi Cię tempo upływającego czasu, señora Vejez czyha na każdym kroku, przecie wiem i wiesz, to powszechnie znane. Wprost zinstytucjonalizowana. Instytucja czekającego na ciebie obiadu, gdy wracasz zdyszany ze szkoły, instytucja wieczornej modlitwy, która aż wrzyna się w pamięć, wżera w umysł. Dość skalista ta opoka cała, drążona przez krople starości, krusząca się coraz szybciej, lawinowo w miarę kruszenia, sypiąca się, by w końcu obrócić się w pył. Bo z prochu, taa, i w proch się, taa.
A na koniec wznoszę się na wyżyny własnej melancholii i rzucam: Odeszła, jako i my odejdziemy.

A pewnemu panu, z kobiecym akcencikiem mądrości, dziękujemy za to, że po raz kolejny dał wyraz swojemu sadyzmowi. : >
 
  • Add to Memories

Todas sois la Maga.
poświata
[info]beatlemaniak
 No me importa quien eres, a quien le amo o le quiero porque todas sois sólo una persona - la Maga. Ya estoy harto de toda esta borra de que no se puede así. Todo esto es relativo, eso depende... No hay ninguna diferencia si tú eres tú o tú eres ella. Ella es tú y tú eres ella. Ella y tú, ambas, sois una persona - la Maga. Y mi autodestrucción por la decapitación de mis sueños sobre vosotras. La sacaré de mi mente pero hace falta que nos encontremos, hay que hablar un poco, cambiar unas palabras, algunos ademanes del amor antiguo que arrastra tras nosotros, que no quiere dejarme en paz aunque ya los dos nos hallamos alguien. Es raro que tu amor esté tan lejos igual que mío. ¿Acaso destino? No pero sí no me querías porque era aburrido. No te lo olvidaré jamás. Tengo que quitarte de mi cabeza. Estoy luchando contra mí. Lo siento que tengo que mentirte, al revés no serías feliz. Espero que lo traducirás. Matame entonces, por favor. Soy malo. Soy malo. Soy malo. Y tú eres la Maga como todas sois.
  • Add to Memories

You are viewing [info]beatlemaniak's journal